Caryńskie. Wieś, której nie ma
Caryńskie to dolina, w której trzeba wytężyć wyobraźnię. Wieś znikła w jeden dzień — w maju 1946 roku mieszkańcy zostali wywiezieni do ZSRR, zabudowania spalono. Zostały trzy nagrobki, ruiny kaplicy i zdziczałe jabłonie.

Są w Bieszczadach miejsca, które działają na wyobraźnię właśnie dlatego, że nic w nich nie ma. Żadnych tablic, kas, kolejek. Tylko dolina, potok i cisza, którą co jakiś czas przerywa wiatr.
Caryńskie to jedno z tych miejsc.
Dojeżdżam od strony Nasicznego, zostawiam auto przy leśnym parkingu i ruszam szutrową drogą w głąb doliny. Po obu stronach — łąki schodzące z zalesionego zbocza, a za nimi masywy Połoniny Caryńskiej i Magury Stuposiańskiej. Piękne, ale o tej porze roku niemal puste.
Skąd nazwa
Nazwa wsi pochodzi od wołoskiego słowa caryna (rumuńskie carina), oznaczającego pastwisko, łąkę. Pasterze wołoscy przynieśli ją ze sobą przemierzając Karpaty. Pierwsze wzmianki o wsi pojawiają się w dokumentach w 1620 roku, choć osadę założono prawdopodobnie już w XVI wieku. Pierwszą właścicielką ziem była Helena Kiszkowa, a po niej Caryńskie trafiło kolejno w ręce Stadnickich, Ossolińskich i w XVIII wieku — Mniszchów.
Przez stulecia wieś żyła własnym rytmem. Karczowano zbocza pod nowe łąki, pasiono bydło, budowano domy wzdłuż potoku.
Cerkiew, której już nie ma
W zachodniej części wsi stała drewniana cerkiew greckokatolicka pw. św. Dymitra Wielkiego Męczennika, zbudowana w stylu bojkowskim w 1775 lub 1777 roku. Świątynia była budowlą trójdzielną o konstrukcji zrębowej — sanktuarium, nawę i babiniec zwieńczały dachy namiotowe. Podobno była najładniejszą cerkwią w całych Bieszczadach. Dziś po niej zostały tylko zarysy fundamentów i drewniany krzyż wbity w ziemię w miejscu, gdzie stał ołtarz.








W pobliżu cmentarza, w widełkach potoków Caryńskiego i Caryńczyka, na przełomie XIX i XX wieku postawiono murowaną kaplicę odpustową pw. św. Jana Chrzciciela. Papież Leon XIII usankcjonował prawo udzielania odpustów, a w dniu odpustu do Caryńskiego podążali wierni z okolicznych wsi — w uroczystościach brało udział nawet kilka tysięcy osób.
Teraz z kaplicy zostały cztery ściany bez dachu, zarośnięte od środka, z mchem wciskającym się w każdą szczelinę.








Jeden dzień, który wszystko skończył
Wysiedlona i spalona latem 1946 roku wieś Caryńskie przestała istnieć w jeden dzień. Mieszkańców wywieziono na sowiecką stronę Sanu, zabudowania spalono. W latach siedemdziesiątych dolina stała się miejscem azylu różnego rodzaju ludzi niepogodzionych z rzeczywistością. Przez jakiś czas działał tu również nieformalny ośrodek odwykowy dla narkomanów — milicja szybko przepędziła dzikich lokatorów.
W latach 80. gospodarzył tu dębicki Iglopol. Potem przyroda wzięła swoje z powrotem.
Co zostało
Skręcam ze szlaku przy tablicy informacyjnej. Ścieżka prowadzi wprost na cmentarz — 54-arową nekropolię z porośniętymi mchem ruinami kaplicy, zarysami mogił, kamiennymi murkami i trzema zachowanymi nagrobkami. Na wschód od cmentarza stoi kamienny krzyż przydrożny z 1911 roku.
Cmentarz jest cichy i zadbany — odnowiono go w 1991 roku, a od tamtej pory opiekuje się nim Bieszczadzki Park Narodowy.
Wracam na główną drogę. Gdzieś w górnej części dawnej zabudowy są jeszcze pozostałości młyna rodziny Rapaczów, ale z zewnątrz nie widać prawie nic — teren zarósł. To jedno z tych miejsc, gdzie bardziej niż oczu trzeba używać wyobraźni.
